INF [27.6.2017]: rozkminy o wymówkach, które wobec samych siebie stosujemy. Następne kadry. Stay tuned.

15.07.2016

Ciężkie jest życie blondynki (III)

Część pierwsza TU, druga TUTAJ.
Bo:

Po pierwsze:
Piątek z początku listopada 2015: pamiętny, bo wychodząc z domu można było pogryźć powietrze – większego smogu od tamtego czasu jeszcze nie doświadczyłam. Przestrzegali żeby zostać w domu, ale bilet na koncert już dawno kupiony, Lao Che czeka, więc wychodzę. W szarą, gęstą mgłę, z szalikiem na ustach, jak zwykle lekko spóźniona i niepoprawnie zamyślona, żwawym marszem zbliżam się do przystanku. Przeprawiam się przez dwieście metrów gnoju i błota, które już jakiś czas temu powinno zamienić się w nowy chodnik, w moich świeżo wypastowanych, ukochanych butach. Trzymam się dzielnie, powtarzając sobie, że są większe nieszczęścia. Do momentu jak nie dociera do mnie, że nie mam w torebce biletu.
Dwieście metrów błotem w drugą stronę i już tej wiązanki przekleństw nie hamuję, bo przecież się udławię. Ale to i tak nie koniec historii, bo jadąc tym późniejszym tramwajem, tak bardzo tonę w swoim nieszczęściu, że przejeżdżam odpowiedni przystanek, wysiadam, gubię się w nieznanej okolicy, mgle i bez żywej duszy, która wskazałaby mi do Fabryki drogę… cud, że zdążyłam zanim Lao Che weszli na scenę.

Po drugie:
Niezapowiedziane rewolucje życiowe mi się napatoczyły, a tu w pracy zmiana po zmianie, na pełnych obrotach, nie ma czasu usiąść na dupie i spisać. No więc odpalam swoim starym zwyczajem gmaila na telefonie i spisuje w drafcie wszystko co mam do powiedzenia, kursując w tramwajach do i z pracy. Przez cały tydzień dopisuję, poprawiam, edytuję, przepisuję. W środę między Stradomem a Starowiślną dopisuję ostatnie zdanie i myślę sobie „dobrze, wreszcie z grubsza poukładane, co mi siedziało na wątrobie to wyrzygane”. Mój przystanek, więc podnoszę tyłek i zapisuję, żeby włożyć telefon z powrotem do kieszeni kurtki.
Przy czym w momencie zapisywania następuje sztandarowy blond moment i zamiast wcisnąć „save as a draft”, ja bez udziału mózgu macam „discard”. Mało tego, w amoku jakimś i ekspresowo wypełniającej moje żyły panice, zamiast kliknąć wyświetlające się na krótką chwilę „UNDO”, ja jak pojebana milion razy wciskam wróć. I tyle było z tygodnia mojego spisywania. Mój ból zrozumie tylko ktoś uzależniony od pisania, któremu kiedyś zginął ważny dokument. Nie znam gorszego rodzaju frustracji. Bo z tą, niestety, absolutnie nic się nie da zrobić.
I tym sposobem oduczyłam się pisać na gmailu – przerzuciłam się na Google Docs

Po trzecie:
Przeciętna nocka za starych dobrych czasów: pijackie pogaduchy z havańską załogą bladym świtem na krzywiących kręgosłupy krzesłach barowych. Kupa śmiechu, trochę śpiewania. Dobija szósta, chłopaki idą spać, a ja do Żabki. Pół godziny później, marząc o mojej ciepłej pierzynce i wygodnym łóżku naście kilometrów dalej, podliczam hajsy. Transakcji przez całą noc przeprowadziliśmy zatrważającą liczbę: całe dwie. Ale liczę, dla zasady. 24 złote i 42 gorsze diffu na minusie. Pocę się przez dobrych dwadzieścia minut, pięć razy sprawdzając wszystkie check-iny, przeglądając paragony, licząc wszystko po raz drugi, trzeci i czwarty, tramwaj do domu już mi spierdolił… aż w końcu do mnie dociera, że po prostu nie wyciągnęłam z kieszeni reszty z zakupów. Nie jestem pewna czy płakać chce mi się z ulgi czy ze złości.

Po czwarte:
Powinniście wiedzieć, że blond momenty zdarzały mi się od lat najmłodszych, bo już w pierwszej klasie podstawówki dałam pełny popis swojej bezmyślności. To była moja (i całej naszej klasy) pierwsza prawdziwa wycieczka szkolna: na Brzankę, gdzie zorganizowano nam ognisko. Wiadomo: duże emocje, poczucie wolności, więc i głupich pomysłów nam nie brakowało. W przerwie między kiełbaską a soczkiem urządziliśmy sobie konkurs na wieszanie się na drzewie, na tzw. robienie parówek. Przekonana, że trzepak na podwórku pod domem daje mi przewagę, uparłam się, że wytrzymam na tym drzewie dłużej niż inni. Nie wytrzymałam: z impetem upadłam na jedyny wystający pod drzewem kamień (no przecież!), rozcięłam głowę i cała wycieczka musiała wracać przeze mnie wcześniej, bo trzeba było szyć.

Po piąte:
Miesiąc fotografii w Krakowie, pierwsze wydarzenie do obfocenia: wyjątkowo wychodzę z domu z zapasem czasu, bo jeszcze o sklep chcę zahaczyć. Tak więc sklep, tramwaj, 5 minut pieszo, jestem nawet punktualnie, choć wernisaż z poślizgiem. Jest miło i przyjemnie: pstrykam i rozmawiam, rozkoszując się atmosferą miejsca. Potem znowu: tramwaj, 7 minut pieszo, staję przed drzwiami klatki i macam kieszenie. Nie ma kluczy. Moich obwieszonych breloczkami kluczy z sentymentalną smyczą z Coke’a 2010. Panika mode on, bo jutro muszę wyjść z domu o 6.10, a wracać będę pewnie koło północy. Poza tym jak mam funkcjonować bez kluczy? I jak, u licha, mogłam takie wielkie, ciężkie klucze zgubić nieświadomie?
Dzwonię do lokalu, proszę by szukali. Odpalam komputer, szykuję posta na fejsowe grupy, szukam telefonów do MPK. W między czasie wpadam na genialny pomysł, żeby przejść się do sklepu, bo może tam mi wypadły – zamykają za 10 minut, więc z miejsca wychodzę. No a pod naszym śmietnikiem wraca mi wiara w ludzi: ktoś uprzejmie zahaczył klucze o kontener ze szkłem. Bo oczywiście zgubiłam je zaraz na początku drogi, gdy poprawiałam sobie kurtkę.
Brawo ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz